Łączna liczba wyświetleń

środa, 12 marca 2014

Pyszna babka ziemniaczana.

Babkę tą nauczyła mnie robić mojego Mężą Babcia. Przepis podobno pochodzi ze wschodnich stron, ja niby urodziłam się na wschodzie, jednak nigdy tego wcześniej w domu nie jadałm, może dlatego że pochodzę z rodziny mieszanej.
Wracając jednak do  babki - ziemniaki trzemy na tarce, dodajeny jajko, startą cebulę, trochę jarzynki, sól, pieprz i mieszamy. Ja dodaję jeszcze łyżkę śmietany i czasami odrobinę pokrojonych w drobną kosteczkę usmażonych grzybów i szczyptę majeranku. Nie odcedzam ziemniaków. W razie potrzeby dosypuję mąki pszennej, tak aby ciasto było na tyle gęste aby się ścieło.  Jak ktoś lubi może w środek dać kawałeczki pokrojonej kiełbasy.  Ciasto przekładam do foremki. Następnie boczek kroję w cienkie plasterki i wbijam po wierzchu w babkę, tak aby puściła odrobinę tłuszczyku, aby nie była bardzo sucha i piekę na złoty  kolor.




Smacznego :)

piątek, 7 marca 2014

Pyszne ciasto czyli ,, Niebo w gębie" :)

Przed Dniem Kobiet postanowiłam poeksperymentować i zrobić jakieś fajne ciasto. Miałam ser, gruszkowo-jabłkowy mus od Mamy w litrowym słoiku, więc postanowiłam wyczarować coś fajnego.
Ciężko mi pisać dokładne proporcje bo często robię coś z głowy.
Ale tak po kolei:
Upiekłam pyszny sernik. Często robię sernik z budyniem, ten natomiast zrobiłam z dodatkiem mąki ziemniaczanej zamiast budyniu i z dodatkiem odrobiny mleka płynnego. Wyszedł naprawdę super.
Gdy wystygł, dodałam rozrobiony mus gruszkowo-jabłkowy wymieszany z 2 suchymi galaretkami o smaku pomarańczy i 3 łyżeczkami żelatyny rozpuszczonej w malej ilości wody. Wszystko zależy od gęstości musu, mój był gęsty ale nie na tyle by fajnie i sztywno się trzymał bez dodania żelatyny. Dało to fajny posmak egzotyki i orzeżwienia. Mus ten wylałam na przestudzony sernik i  do lodówki do zastygnięcia. Następnie ugotowałam 2 budynie z cukrem. Przestudzone budynie zmiksowałam z odrobiną margaryny Kasi. Przestudzone, ale na tyle by były klejące wyłożyłam na zastygnięty mus i do lodówki. Gdy wszystko ładnie zastygło polałam przestudzoną polewą. Można posypać wiórkami i jeszcze na chwilę wstawić do lodówki.
Muszę przyznać że wyszło naprawdę pyszne ciasto :)


Moja kolekcja Kagorów :)

Dzisiejszy dzień minął jakoś nostalgicznie. Miałam tyle planów, ale chyba aura nie ta :( Na dworze jakoś trochę chłodno, lekko pochmurno że nic się człowiekowi nie chce. W ramach chwili wytchnienia postanowiłam przejrzeć ponownie swoja kolekcję win marki Kagor. Bardzo lubię te wina. Mój dobry znajomy, który jest Sommelierem i jedynym w Polsce certyfikowanym Venenciadorem, ciągle mnie krytykuje, że nie gustuję w konkretnych markowych wytrawnych lub półwytrawnych winach tylko ubzdurałam sobie coś co nie jest godne aż takiej uwagi, ale ja będę broniła swojego zdania, gdyż lubię         z przepysznym ciastem wypić lampkę Kagora, a piłam już ich tyle że widzę różnicę w smaku i ze swojej strony polecam.



Buteleczki są trochę podkurzone bo prawidłowo powinny takie być. Jeszcze trochę mi brakuje                     i z pewnością ciągle brakować będzie, ale tym się nie zrażam :) Marzy mi się piwniczka z wieloma gatunkami win, ale to jeszcze droga daleka. Wiem natomiast  że będę miała oparcie w poradach ze strony ktora zna temat od podszewki :)

Natomiast dla zainteresowanych profesjonalnymi usługami na przyjęcia okolicznościowe, wesela, szkolenia, porady itp polecam stronę profesjonalnego Sommeliera i Venenciadora  www.kolorwina.pl 
Maciej jest bardzo sympatyczną osobą traktującą swoje obowiązki bardzo poważnie i kochającą to co robi,więc myślę że warto :)

czwartek, 6 marca 2014

Nowi lokatorzy Sosnowej Hacjendy :) Koziołek i kózka już na świecie :)

Trochę mnie tu nie było, ale to głównie przez nawał zajęć. Miałam do zdania grzybki. Mam jednak do





zakomunikowania dobrą wiadomość. 5 marca 2014 roku na świat przyszły kożlęta, mała urocza parka :) Jednym słowem moja Suri urodziła kózkę i koziołka. Imiona jeszcze nie wybrane, , bo trudno mi coś dobrać, ale jeszcze wszystko przed nami. Ciążę Suri znosiła bardzo dzielnie. Była bardzo opanowana           i spokojna. Tak jak wcześniej potrafiła ustawiać po kątach, to w trakcie ciąży była potulna jak baranek. Dużo ją przytulałam, musiałam zmienić dietę, współlokatorkę Birmę ewakuować do innego boksu. Do samego konca miała doskonały apetyt i dobrze się czuła. Dopiero w środę 5 marca dostała konkretne bóle   w godzinach popołudniowych zaczęła pomekiwać i po godzinie 18.00 przyszły na świat kożlątka troszkę większy koziołek i troszkę mniejsza kózka, na początku słabiutkie, ale już zaczynają pomykać. Gdybym tak coś miała porównać to chyba nie do końca podobne do Suri i do swojego ojca. Tak zwyczajnie uroda im się przypątała, ale są naprawdę urocze. Uszka mają po ojcu, bo Suri ma mysie. Mama czuje sę świetnie, aż tak bardzo się nie darła, poród odbył się na stojaco, a właściwie bardziej na kucka. Z jednej strony ogromnie się bałam bo to moje pierwsze kozy i pierwszy poród, ale wszystko przebiegło wzorcowo, jedynie dwa dni po terminie. Był Pan co robił za ,, akuszerkę" który  sam chodował 200 owiec i sam odbierał porody, a w razie czego wet w pogotowiu, ale odbyło się bez powikłań. Maleństwa czują się dobrze            i uroczo merdają ogonkami. Jedynie dla ich bezpieczeństwa została przerobiona bramka, aby się nie wydostawały i były bezpieczne. A oto one :)

sobota, 22 lutego 2014

Uwaga na kleszcze!!!!!!!!!!!

Mój nowy mały piesek Morusek złapał już kulka kleszczy, na szczęście łaziły pojedynczo dopiero po wierzchu więc zostały wyłapane. Morus ma już w kark zakroplone kropelki od kleczny, ale mimo tego po każdym wyjściu przechodzi przegląd. Myślałam że pojawią się kwiecień - maj, ale Sąsiadka mówi, że u niej przez całą zimę psy mają co roku, więc już sama nie wiem, jednym słowem trzeba uważać. Natomiast sam Morus rośnie, nauczył się już służyć, nie wiem skąd się tego nauczył, ale jak coś chce to staje koło miseczki i prosi a ogólnie to naprawdę uroczy piesek :)

niedziela, 16 lutego 2014

Życie musi toczyć się dalej.....

Wczoraj minęło 2 tygodnie jak zaginęła Kora, nawet nie wiem kiedy to zleciało... Przez pierwszy tydzień szukaliśmy po kilka godzin dziennie i nic, jak kamień w wodę. Ciężko się z tym pogodzić, ale życie musi się toczyć dalej. Ponad tydzień temu w piątek 7 lutego przygarnęliśmy małego pieska, który został podobno znaleziony w lisiej norze w największe mrozy. Nazwaliśmy go Morusek. Jest uroczy i trochę śmieszny. Jedno uszko bardziej stojące drugie leżące, mleczne ząbki, ciekawe spojrzenie, ogólnie bardzo grzeczny i kochany, a gdyby wrócił tamten to będą dwa. Miejsca i Korze wystarczy. 11 lutego przyjechał tir  z transportem kostek na 2 hale a aktualnie trwa właśnie zbiór na 2 innych halach. Grzybki rosną i czekają na wyjazd do ich smakoszy :) Tym którzy nie jedli, serdecznie polecam, bo są naprawdę smaczne i zdrowe. Ja najbardziej lubię zrobione jak kotlety schabowe, ale można zrobić z nich dosłownie wszystko począwszy od marynowania, poprzez gotowanie, smażenie, duszenie, kiszenie a skończywszy na suszeniu. Spróbujcie bo naprawdę warto :)





wtorek, 4 lutego 2014

Dwa ziarenka szczęścia i reszta goryczy :(

W niedzielę kolejny raz dostałam obuchem w głowę i nadal nie potrafię się otrząsnąć.
W niedzielę straciliśmy naszą suczkę Korę.
Wzięliśmy ją z poznańskiego Schroniska, gdy miała niespełna 4 tygodnie. Była tam najmniejszym zostawionym szczeniaczkiem. Gdy ją odebraliśmy by ponury zimny i deszczowy sierpień.
Od samego początku była bardzo chorowita i chorowała na astmę.
Gdy była mała miała trochę dziwną urodę a przede wszystkim wielkie uszy w stosunku do wielkości szczeniaczka. Babcia która z nami mieszkała, stwierdziła tylko po pewnym czasie, myślałam że to taka dziwna rasa z wielkimi uszami. Gdy miała niepełna 2 miesiące zaczęły jej rosnąć wąsy. Wyglądała taka mała/stareńka. Z czasem wyrosła, wypiękniała i wniosła w nasze życie wiele radości.
Wzięliśmy ją dwa dni przed pierwszą rocznicą ślubu i była naszym pierwszym wspólnym pieskiem.
W dzień rocznicy zrobiła nam niespodziankę zaczęła rozpoznawać swoje imię i prosić za potrzebą i to był dla nas najlepszy prezent. Miłe było wracać do domu i widzieć merdający mały ogonek.
To na nią przelaliśmy całą miłość po odejściu Lary, gdyby nie to zapewne byśmy oszaleli.
Była z nami zawsze, w domu, na wczasach a teraz zostały tylko wspomnienia. Gdy była malutka a chciała wyjść za potrzebą potrafiła upierdzielić w duży palec jeżeli proszenie nie odnosiło skutku lub położyć się nad głową i wyrywać po jednej rzęsie, aż w końcu się z nią wyszło. Brakuje nam tego jej tupania po podłodze, powarkiwania gdy chciała wyjść, brakuje nam cząstki jej. Pod koniec chorowała na starczą cukrzycę i była niewidoma, ale była nasza. Wyszła za potrzebą na podwórko co jest dziwne i zniknęła. Zostawiła swoje male buciki, bo zawsze marzły jej łapki i nie dawała rady wrócić w zimie, swoje male wdzianko i niedojedzone chrupki. Modliłam się aby się odnalazła, ale Bóg mnie nie wysłuchał, najpierw pozwolił ją odnależć a potem zabrał. Nie wiem czy zabrał ją jastrząb, czy sama gdzieś poszła, ale zawsze za chwilę wracała.
Przez tą chorobę była taka chudziutka, więc nie miałaby siły aż tak daleko chodzić i ciągle nie mogę przeboleć co się z nią stało. Podmarzły jej łapki, ale gdzieś by leżała, gdy się wołało piszczała a tu nic. Martwa cisza i dziwne domysły. Miała tatuaż i chipa i co z tego???? Powiedziano nam że tu nie maja urządzeń do badania chipów. Tylko ja mieliśmy. Gdy ją braliśmy pamiętam błyszczące oczy mojego Męża i tulące się małe ciałko w jego objęciach i to boli najbardziej, że już jej nie zobaczę. We wsi biegają pospuszczane burki okolicznych pijaczków a jej już nie ma i nie zobaczę. Była z nami 12 lat i zostawiła najpiękniejsze wspomnienia :( Co jeszcze przyniesie nam los - kolejne smutki i rozczarowania? :(